Ulica: Albatrosów
Dołączył: 29 Mar 2005 Posty: 235
Wysłany: Pią 08 Gru, 2006 Warszawiacy z innej parafii
Religijność widzę na co dzień. tłumy zachmurzonych, opryskliwych, niemiłych
ludzi warczących na siebie na każdym kroku. politycy czołgają się o względy
radia maryja, radia szerzącego nienawiść. episkopat, który nie może sobie
poradzić z radykalizmem z eteru. telewizja nafaszerowana przemocą. wychowanie w
szkołach - obłuda. postawa moralna polskiej sceny politycznej - czytaj pierwszy
lepszy artykuł w jakiejkolwiek gazecie. wszędzie kumoterstwo i cwaniactwo.
rączki-wiatraczki, swastyki-gwiazdeczki bożonarodzeniowe, korupcja-propozycja,
seks w biurze - normowane stosunki "damsko-męskie" itede i tepe.
Artykuł:
Religijność warszawiaków plasuje się na szarym końcu w kraju. Młodzi najczęściej nie potrafią nawet powiedzieć, kto jest ich proboszczem, biskupem czy prymasem - wynika z opublikowanych w czwartek badań.
Ks. Witold Zdaniewicz z Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego nie chce mówić, że Warszawa jest gorsza czy lepsza. Mówi o wskaźnikach religijności, a te są najniższe właśnie w Warszawie oraz w Łodzi, Szczecinie i Włocławku. Tradycyjnie najwyższe wychodzą w Tarnowie, Łomży, Sandomierzu i Lublinie.
Wczoraj Instytut zaprezentował wydaną właśnie książkę "Religia - Kościół - społeczeństwo" z wynikami badań socjologicznych przeprowadzonych w 12 diecezjach kraju. Wśród nich znalazła się diecezja warszawska obejmująca parafie po lewej stronie Wisły.
Z badań wynika, że za wierzących rzymskich katolików uważa się 87 proc. lewobrzeżnych parafian, a 40 proc. przyznaje się do wiary głębokiej. Dla porównania: w Tarnowie 98 proc. deklaruje się jako osoby wierzące, a 82 proc. - głęboko wierzące.
Najrzadziej w kraju warszawiacy biorą też udział w praktykach religijnych. Do kościoła co niedzielę chodzi 25 proc. parafian (w Tarnowie - 70 proc.), do spowiedzi częściej niż raz w roku - 54 proc., modlitwę codziennie odmawia 46 proc., a intencje mszalne zamawia tylko 23 proc. warszawiaków.
Co trzeci warszawiak w ogóle nie czuje się związany ze swoją parafią - to dwa razy więcej osób niż wynosi średnia w kraju. Wśród pozostałych dwóch trzecich połowa czuje z parafią mocną więź, druga połowa - "pewną". Warszawiacy w znacznie mniejszym stopniu przyznają się do "dużego zaufania" w stosunku do duchownych. Zdecydowanie najmniej osób ufa Episkopatowi Polski (36 proc.), więcej - swojemu proboszczowi (48 proc.).
Dziwna sytuacja wynikła przy pytaniach o zaufanie do własnego biskupa (41 proc.) i prymasa (48 proc.) - w diecezji warszawskiej do tej pory obie funkcje pełnił kard. Józef Glemp. Skąd rozbieżność? - Wielu ludzi pewnie nawet nie zdawało sobie sprawy, że to ta sama osoba - przypuszcza ks. Zdanowicz.
Wśród osób w wieku od 18 do 24 lat tylko co czwarty-piąty potrafi prawidłowo wskazać nazwisko proboszcza, arcybiskupa i prymasa.
_________________ A to Polska właśnie. Kraj społecznej szczęśliwości i wolnej przedsiębiorczości, w którym strzela się do gości, jak się im zazdrości...
Wspólnota: Meander
Ulica: Strusia
Dołączyła: 27 Mar 2005 Posty: 752
Wysłany: Sob 09 Gru, 2006
Mnie proszę nie brać pod uwagę... Księdza nie wpuściłam, znaczy powiedziałam mu ładnie... dziękuję. Jestem osobą niekoniecznie wierzącą i na 100% nie katoliczką.
Witam, to mój pierwszy wpis na forum.
Ja przyjąłem księdza, pomodliliśmy się, pogadaliśmy prawie godzinę, dałem stówę (nie chciał brać, naprawdę), mówił że u nas na osiedlu przyjmuje ok. 20% mieszkańców, co chyba odpowiada prawdzie. Wg mnie wynika to z tego, że mieszkają tu ludzie przyjezdni (ja też), oderwani ze swoich środowisk i w końcu mogą pokazać jacy są "nowocześni", a przecież kościół, ksiądz, kolenda, wiara to symbole ciemnogrodu.
Przepraszam za złośliwość, ale z obserwacji sąsiadów i znajomych z osiedla(mieszkam 6 lat) tak to widzę.
Ulica: Albatrosów
Dołączył: 29 Mar 2005 Posty: 235
Wysłany: Czw 14 Gru, 2006
My zawsze (jak byliśmy w domu) gościliśmy księdza.
Ale nigdy nie udało nam się z nim sensownie porozmawiać. Zawsze się spieszył... Średni czas wizyty to 10 min. Pieniądze brali zawsze bez zająknięcia, tzn. narzekali (niby żartem że mało). Dawaliśmy symbolicznie i ze wskazaniem, że pieniądze nie mogą zostać przeznaczone na wystrój, bo nie podobał nam się pomysł "złocenia McDonalda", a na to były zbierane pieniądze podczas wizyty...
_________________ A to Polska właśnie. Kraj społecznej szczęśliwości i wolnej przedsiębiorczości, w którym strzela się do gości, jak się im zazdrości...
Wspólnota: Meander
Ulica: Strusia
Dołączyła: 27 Mar 2005 Posty: 752
Wysłany: Czw 14 Gru, 2006
sekular napisał/a:
...Ja przyjąłem księdza, pomodliliśmy się, pogadaliśmy prawie godzinę, dałem stówę (nie chciał brać, naprawdę), mówił że u nas na osiedlu przyjmuje ok. 20% mieszkańców, co chyba odpowiada prawdzie...
Kwestia gustu... Każdy robi tak, jak uważa.
Nie czuję się "nowoczesna", a przyjezdna? Pochodzę z Warszawy i przeprowadziłam się na wieś (tfu, tzn. do Piaseczna). Księdza (jak wcześniej napisałam), nie przyjęłam... a to jakiś obowiązek jest, czy co?
żaden obowiązek. Ja tylko opisje jak jest u nas na osiedlu i skąd się to bieże (wg mnie), ale oczywiście mogę się mylić. Widocznie Warszawa i okolice muszą się wyróżniać także i na tym polu od reszty kraju.
Pozdrawiam
Jakie wyróżnianie się? Nie jesteśmy państwem wyznaniowym. Jak ktoś czuje potrzebę to przyjmuje xiędza, a jak nie to nie. Oprócz tego nie każdy katolik jest wyznawcą kleru no i w Polsce są także wyznawcy innych religii.
Wg ostatnich danych kościelnych w W-wie (diecezji warszawskiej) chodzi od kościoła ok.25% mieszkańców przy średniej powyżej 50%, najmniej w Polsce, więc się wyróżnia. Ale oczywiście masz racje, nikt nikogo do niczego nie zmusza, wolna wola.
Wg mnie: przyjmowanie księdza to sprawa indywidualna . Jak ktoś chce, to przyjmuje, nie ma musu, ale nazywanie ministranta "zwiadowcą", czy też twierdzenie, że "matka kazała mu to poszedł na spacer" jest dla mnie niesmaczne.
ministrant to nie zwiadowca Ministrare (z łaciny) znaczy "służyć", a wiec ministrant to inaczej sługa Boży.
A dziecko, które ma kilka lat naprawdę potrafi myśleć i wielu z tych chłopców samemu zdecydowało się zostać ministrantem.
poza tym mówienie, że "poszedł na spacer", nawet jeśli miał być to żarcik, to jak dla mnie żarcik niezbyt wygórowanych lotów.
Zosia napisała:
"nazywanie ministranta "zwiadowcą", czy też twierdzenie, że "matka kazała mu to poszedł na spacer" jest dla mnie niesmaczne."
Cóż, taka to ta nasza "tolerancja", sami sobie wystawiamy świadectwo.
_________________ nikt nie tańczy na trzeźwo....chyba, że oszalał
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum