eee tam obraża się od razu - wyraził tylko dyplomatycznie swój lekki sprzeciw za pośrednictwem swojego rzecznika
nie tylko za posrednictwem rzecznika --- sam tez sie wypowiadal i odnosil do swojej wypowiedzi do Tonego... wygladal na obrazonego --- ok.. moze nie za bardzo ale jednak
Miał wrócić ze Szwajcarii i stanąć na czele połączonych sił lewicy. Miał poprowadzić SLD, sprzymierzony z satelickimi partiami, do sukcesu w przedterminowych wyborach. By przekonać Aleksandra Kwaśniewskiego do roli zbawcy lewicy, z tajną misją w Alpy udał się Ryszard Kalisz. Ale wrócił z niczym. "Prezydent kilka tygodni spędzi jeszcze w Szwajcarii, a potem jedzie do Stanów Zjednoczonych" - oświadczył Kalisz. Co więcej - poinformował, że były prezydent nie tylko do kraju na razie nie wróci, ale i w ogóle nie zamierza się na tematy polskie wypowiadać. Dlaczego Kwaśniewski nie wraca do Polski? Czy jego nieobecność ma jakiś związek z tajemniczym milczeniem organów ścigania i posłów prawicy, którzy jeszcze niedawno byli gotowi stawiać go przed Trybunałem Stanu?
Alpejskie konsultacje
Jak ustaliliśmy, Kwaśniewskiego czeka w najbliższych dniach seria narad z przyjaciółmi i współpracownikami, którzy w lutym wybierają się na wczasy do Szwajcarii. Na narty jedzie tam m.in. Włodzimierz Wapiński, dawny tenisowy partner Kwaśniewskiego. Zasłynął zarzutami, jakie postawiono mu w sprawie mieleckiego Laboratorium Frakcjonowania Osocza (LFO). Prokuratura zarzuciła mu pomoc w przywłaszczeniu blisko 8 mln zł z majątku LFO. W tym samym czasie do Szwajcarii przybędzie też Marek Siwiec, obecnie eurodeputowany SLD, a wcześniej szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Kwaśniewski chciałby się w Szwajcarii spotkać również z byłym szefem swego gabinetu Markiem Ungierem, który był częstym gościem polskich prokuratur. Czy były prezydent chce się dowiedzieć, o co prokuratorzy pytają jego byłego najbliższego współpracownika i czy jest możliwe, by w przyszłości o to samo pytali także jego?
Wiele wskazuje na to, że sporym kłopotem dla byłego prezydenta będzie śledztwo, jakie prowadzą prokuratorzy z Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach. Dotyczy ono działalności siedzącego w areszcie lobbysty Marka Dochnala. Kluczowy dla sprawy jest obecnie wątek ułaskawienia Petera Vogla, byłego pracownika szwajcarskiego Coutts Banku. Kiedy "Wprost" i "Życie Warszawy" ujawniły sprawę tego ułaskawienia, Kwaśniewski zaprzeczył jakimkolwiek związkom ze skazanym niegdyś za zabójstwo bankierem. Tymczasem, jak ustaliliśmy, są świadkowie, którzy twierdzą, że Vogel bywał na Krakowskim Przedmieściu w prezydenckiej kancelarii. Ustaliliśmy, że właśnie z tego powodu katowiccy prokuratorzy w ostatnich dniach zwrócili się do Kancelarii Prezydenta, którą zarządza już ekipa Lecha Kaczyńskiego, o książkę wejść i wyjść zĘczasów prezydentury Kwaśniewskiego. - Nie udzielamy żadnych informacji na temat tego śledztwa - mówi Leszek Goławski, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach.
Vogel, wcześniej znany jako Piotr Filipczyński, w latach 70. siedział w więzieniu za brutalne zabójstwo. W 1978 r. wyszedł na wolność. W lipcu 1983 r., w ostatnich dniach trwania stanu wojennego, otrzymał paszport i mimo ciążącego na nim wyroku wyjechał do Niemiec, a potem do Szwajcarii. Błyskawiczną karierę zrobił pod koniec lat 90., kiedy w ciągu kilku lat został dyrektorem szwajcarskiej filii brytyjskiego Coutts Banku. Obsługiwał konta m.in. Dochnala, podejrzewanego o pranie brudnych pieniędzy i wręczanie łapówek polskim politykom. Vogel, jak ustaliła prokuratura w Zurychu, prowadził także 30 tajnych kont, należących głównie do polskich firm. Obecnie te konta na wniosek szwajcarskiej prokuratury zostały zablokowane, a tamtejsi śledczy weryfikują zeznania, które złożył aresztowany w 2004 r. Dochnal. Szwajcarska i polska prokuratura sprawdzają, jakie osoby i firmy kryją się za tymi kontami.
Co wie Marek Dochnal?
Dochnal chce w najbliższym czasie złożyć ważne zeznania, licząc w zamian na złagodzenie kary. Jak zapowiada jego adwokat prof. Piotr Kruszyński, dotyczyć będą one szwajcarskich kont obsługiwanych przez Vogla i okoliczności ułaskawienia bankiera.
Śledztwo w sprawie Dochnala może się stać niewygodne dla Kwaśniewskiego także z innego powodu. Jak się dowiedzieliśmy, kontakty Dochnala z państwem Kwaśniewskimi zostały uwiecznione nie tylko na zdjęciach opublikowanych w marcu 2005 r. przez "Wprost" i na filmie, który emitowała telewizja TVN, ale również na taśmie wideo nakręconej podczas spotkania Jolanty Kwaśniewskiej z Dochnalem. Kwaśniewska podczas rozmowy zwraca się do lobbysty per "panie Mareczku". Oboje rozmawiają o wpłatach darczyńców, reprezentowanych przez lobbystę, na rzecz fundacji Kwaśniewskiej Porozumienie bez Barier, a także o wspólnych przedsięwzięciach biznesowych. Prokuratura - w świetle ustaleń dotyczących m.in. ułaskawienia Vogla - chce przeanalizować listę prywatnych darczyńców fundacji, którą to listę Kwaśniewska skrzętnie ukrywała przed posłami z sejmowej komisji ds. Orlenu.
Miękkie lądowanie
Choć Kwaśniewski nie jest już prezydentem, swoje nowe biuro urządził w gmachu, w którym znajdowały się dotychczas mieszkania przeznaczone dla pracowników kancelarii głowy państwa. Dziś w starannie ogrodzonym kompleksie budynków przy ul. Bacciarrelego w Warszawie, naprzeciwko Ministerstwa Obrony Narodowej, mieszczą się fundacja Jolanty Kwaśniewskiej Porozumienie bez Barier, biuro Aleksandra Kwaśniewskiego i fundacja Amicus Europae - Przyjaciel Europy, której jedynym fundatorem jest Kwaśniewski. Były prezydent założył tę fundację pod koniec swojego urzędowania. Rozpoczęła ona działalność 13 grudnia, czyli dziesięć dni przed jego ustąpieniem z urzędu prezydenta. Z wypowiedzi prezesa rady fundacji Wiesława Olszewskiego wynika, że ma się ona głównie zajmować promowaniem osoby Kwaśniewskiego. Olszewski to bydgoski aktywista SLD, radny, a zarazem członek stowarzyszenia Ordynacka, odznaczony przez Kwaśniewskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Wszystkie drogi prowadzą do trybunału
Kwaśniewski chyba najbardziej obawia się postawienia przed Trybunałem Stanu. Wśród polityków PiS wciąż trwają dyskusje w sprawie złożenia takiego wniosku. Zapowiedź tego mamy już w raporcie Zbigniewa Ziobry, podsumowującym ustalenia komisji śledczej ds. afery Rywina. -Podtrzymuję swoje ówczesne stanowisko, że prezydent przed trybunałem powinien stanąć - mówi "Wprost" Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości. Jak się dowiedzieliśmy, posłowie PiS rozważają sporządzenie połączonego wniosku o postawienie Kwaśniewskiego przed trybunałem. Oprócz znanych już spraw, dotyczących afery Rywina, mają się w nim pojawić zarzuty wynikające z afery Orlenu. Chodzi m.in. o nieformalne ustalanie składu rady nadzorczej tej spółki, związki byłego prezydenta z paliwowymi baronami i sprawę rzekomych pełnomocnictw, jakich Kwaśniewski miał udzielić Janowi Kulczykowi do prowadzenia rozmów z Rosjanami o sprzedaży polskich rafinerii.
Kwaśniewski jak Cimoszewicz
Powrót Kwaśniewskiego do Polski jest nie na rękę wielu politykom lewicy, którzy obawiają się marginalizacji. Znamienne, że nawet w "Trybunie" ukazują się ostatnio artykuły, które pod płaszczykiem obrony Kwaśniewskiego, w rzeczywistości ujawniają kompromitujące go fakty. Chodzi o sprawę domniemanych wspólnych wakacji z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem, o czym pisał kilka lat temu dziennik "Życie". "Wiemy, w jaki sposób kaczyści myślą odwrócić uwagę od lekko kłopotliwych dowodów, co do tego, iż Aleksander Kwaśniewski między 5 a 15 sierpnia nie był w Cetniewie, tylko całkiem gdzie indziej. Otóż dowiemy się, że wyciągi z karty Visa, wykazujące, iż Kwaśniewski 3Ęi 7 sierpnia robił zakupy w Dublinie, a 12Ęjadł obiad w Lilli Wenedzie w Warszawie, zostały sfabrykowane przez prezesa BIG BG Bogusława Kotta" - doniósł w ubiegłym tygodniu lewicowy dziennik.
Mimo obaw byłego prezydenta część politycznych kolegów będzie go namawiała, by wrócił do Polski i wsparł lewicę w przedterminowych wyborach, które niemal na pewno odbędą się już w marcu. Liczą oni na powtórzenie mocnego wejścia w stylu Włodzimierza Cimoszewicza w kampanię prezydencką. Kwaśniewski może się jednak obawiać, że skończy podobnie jak Cimoszewicz, czyli znowu zaszywając się na przykład w Szwajcarii.
Dziesiątą rocznicę "Gazety Wyborczej" świętowano w Łazienkach, w pomarańczarni. Obecni byli wszyscy ci, którzy znaczą coś na warszawskich salonach. Imprezę połączono z sesją naukową poświęconą dziesiątej rocznicy sukcesu "Solidarności" w czerwcowych wyborach 1989 r. Zaproszeni zostali więc prezydent Kwaśniewski i generał Jaruzelski. Ten ostatni potwierdził, że "Solidarność" w 1981 r. szykowała się do brutalnego obalenia władzy. Wśród gości znalazł się amerykański finansista George Soros, twórca Fundacji Batorego. Było wielu znaczących europejskich polityków. Gdy zakończyła się część oficjalna, prezydent Kwaśniewski zaprosił wszystkich "do siebie". Czy rzeczywiście chodziło o wszystkich, trudno dociec, gdyż przy wejściu do prezydenckiego pałacu w towarzystwie strażników stała wicenaczelna "Wyborczej" Helena Łuczywo, która decydowała, kogo wpuścić.
Wojna domowa
Bal u prezydenta był wspaniały. Najlepiej bawili się - tańcząc wokół siebie i nie odstępując się na krok - główni bohaterowie: Adam Michnik i Aleksander Kwaśniewski. Alkohol działał na nich odmiennie: gdy ten drugi milczał, ten pierwszy podekscytowany wymyślał nieobecnym przecież na poważnym przyjęciu przeciwnikom i kpił z nich przy aplauzie obecnych. Zaśmiewał się, wspomagany przez otaczającą go w stosownej odległości publiczność, z tego, że zarzucają mu przetrząsanie ubeckiego archiwum. Po czym zniknął wraz z prezydentem. Impreza dogasała. To było apogeum salonu III RP, zwanego też towarzystwem. Jego istnieniu nie przeszkadzały niezdarne rządy AWS, które nie miały przełożenia na żadne wpływowe środowiska czy media. Zwycięstwo SLD miało przypieczętować triumf towarzystwa. W PAN podczas dyskusji na temat historii najnowszej zasłużeni profesorowie publicznie deklarowali Pawłowi Machcewiczowi, szefowi pionu edukacyjnego IPN, swoją radość z faktu, że Leszek Miller położy kres tej skandalicznej instytucji.
Trzęsieniem ziemi okazała się afera Rywina. Zwycięskiemu SLD przestał wystarczać życzliwy sojusz z Agorą i postanowił ją sobie podporządkować. Efektem wojny domowej była komisja śledcza, która odsłoniła to, co nie powinno zostać odsłonięte przed oczami maluczkich. Na darmo odpowiedzialni publicyści III RP, tacy jak Jacek Żakowski czy Janina Paradowska, przestrzegali, że ujawnienie tajemnic salonu doprowadzi do "obryzgania wszystkich". Był to początek kataklizmu, który wstrząsnął fundamentami III RP. Nieoceniona Paradowska zinterpretowała to zgodnie ze swoją wiedzą jako ofensywę arywistów, którzy chcą wypchnąć z salonów właściwe towarzystwo, a w czasie walki wpycha się tam dodatkowo mnóstwo hołoty. Dziś arbitrzy salonu III RP, przerażeni możliwością utraty opiniotwórczego monopolu w konsekwencji niekorzystnego dla nich wyniku wyborów tudzież generalnej zmiany postaw społecznych, biją na alarm.
Narodziny towarzystwa
Opiniotwórcza elita III RP powstawała w dużej mierze jako kontynuacja elity PRL. Liderzy opozycji, którzy zdobyli władzę w momencie upadku komunizmu, odmówili zdecydowanego zerwania z przeszłością i budowy nowego porządku społecznego. Uznali, że PRL-owskie środowiska nie są już niebezpieczne. Poważnym zagrożeniem dla Polski może być jedynie prawicowa rewolucja posługująca się hasłami rozliczenia komunizmu, która otworzy drogę nacjonalizmowi wspieranemu przez katolicki integryzm. Wybór ideowy przenikał się z interesem politycznym, gdyż ekipa, która przejęła władzę w 1989 r., za swoją jedyną konkurencję uznawała prawicę.
Określenie "dysydent", czyli odstępca, ma swoje uzasadnienie w odniesieniu do opozycji w Polsce (jak i innych komunistycznych krajach). W głównej mierze (poza ludźmi związanymi z Kościołem) tworzyły ją osoby pochodzące ze środowisk komunistycznych lub prokomunistycznych. W niczym nie podważa to ich wolnościowego zaangażowania i szczerości walki z PRL. Inne środowiska nie przetrwały stalinowskiego terroru. Dysydentom dużo łatwiej było jednak znaleźć wspólny język nawet z przeciwnikami, którzy z oportunistycznych względów pozostali w obozie komunistycznej władzy, niż z ludźmi o odmiennej, "prawicowej" wrażliwości. Zwłaszcza że oportuniści władzy znali swoje miejsce i akceptowali swoją (krótkotrwałą) podrzędną pozycję. Zresztą według nowych elit, to nie oportunizm miał być zagrożeniem dla Polski, ale właśnie "bolszewicka" albo "inkwizycyjna" wierność zasadom.
"Transformacja", która czekała Polskę, miała być dokonana przez światłe towarzystwo ponad ciemnym, skażonym nacjonalizmem i syndromem "sovieticusa" (ominął on dziwnym trafem sfery wyższe) ludem polskim. Sojusznikiem w przedsięwzięciu "europeizacji" Polski okazał się PRL-owski establishment. Ten - zdaniem nowych elit - również wyszedł z PRL z nieskażoną komunizmem świadomością.
Propagandyści kontra naukowcy
Naukowcy i twórcy kultury, którzy stopniowo wybijali się na niepodległość, wchodząc w konflikt z władzami PRL, po jej upadku potrafili się pogodzić z obrońcami jej monopolu. W grę wchodziła przecież obrona własnej, nowej, monopolistycznej pozycji. Uniwersytety, placówki naukowe i kulturalne właściwie nie zostały po upadku komunizmu zweryfikowane. A przecież obok ludzi, którzy zajmowali tam zasłużoną pozycję, nawet na najlepszych uczelniach i w naukowych ośrodkach ważne stanowiska piastowali ci, których jedynym tytułem do kariery był serwilizm wobec totalitarnej władzy. Słabsze ośrodki bywały w całości opanowane przez "docentów marcowych", którzy pozycję swoją zdobyli za wierność PZPR, stali się już pełnoprawnymi profesorami i tworzyli wokół siebie podobne im otoczenie. Pozostawienie tego stanu rzeczy w sposób fatalny odcisnęło się na nauce i kulturze polskiej.
Fakt, że do rangi publicznych autorytetów nauki powróciły postacie takich propagandzistów, jak Jerzy Wiatr, Longin Pastusiak czy Janusz Reykowski, pokazuje głębokie zainfekowanie PRL-em polskiej nauki. Młody politolog Rafał Matyja pytał niedawno retorycznie: "Czy na państwa półce znajduje się monografia poświęcona SLD? Czy mają państwo naukowo opracowaną monografię Lecha Wałęsy? Albo historię rządu Olszewskiego?".
Brak pozycji dotyczących kluczowych zjawisk i momentów naszej najnowszej historii pokazuje dystans, jaki dzieli polską humanistykę od jej zachodniej odpowiedniczki. Wspomniane zaniechania nie wynikają z niechęci młodych naukowców do podejmowania tych tematów, ale z presji profesorskiej oligarchii, która blokuje pisanie doktoratów na drażliwy dla niej temat. To także powód tego, że w tradycyjnych ośrodkach naukowych nie są prowadzone badania nad historią polityczną PRL. Ich wyniki musiałyby kwestionować ideologię i mitologię IIIĘRP, a także uderzyć w wielu jej "luminarzy". Najbardziej znamienną propozycję podejścia do najnowszej historii sformułowali na łamach "GW" Adam Michnik i Włodzimierz Cimoszewicz. Zgodnie z nią, oficjalną wersję naszych dziejów najnowszych powinni uzgodnić przedstawiciele reprezentowanych przez obu autorów obozów politycznych - faktycznie więc jednego. Stąd oburzenie towarzystwa pracami naukowymi IPN, który wymyka się presji politycznej poprawności i rzeczywiście powoli wypełnia białe plamy najnowszej historii. Jacek Żakowski sugerował nawet weryfikację stopni naukowych najlepszych historyków nowej generacji z IPN. PRL-owscy propagandyści mu nie przeszkadzają.
Siły postępu i reakcji
Kontynuacja PRL-owskiej humanistyki w III RP prowadzi do konserwacji ówczesnych hierarchii i standardów. Niezależna kultura od końca lat 70. próbowała dokonać ich rewizji. Dziś takie próby zostały zepchnięte na margines. Powtarzana jest bez końca fałszywa teza o wielkości humanistyki PRL. Mamy więc do czynienia z niezwykle jednostronną historią myśli polskiej, w której króluje toporna dychotomia sił postępu i reakcji. Z tym że ta druga pozbawiona została głosu. Funkcjonują Stanisław Brzozowski czy Tadeusz Boy-Żeleński, ale już nie ich polemiści, których w PRL zesłano "na śmietnik historii". Niezwykła praca krakowskiego Ośrodka Myśli Politycznej, który w Bibliotece Klasyki Polskiej Myśli Politycznej wydał 12 ważnych, a wymazanych z polskiej humanistyki autorów - jak Adama Krzyżanowskiego czy Bogumiła Jasinowskiego - jest całkowicie pomijana przez ośrodki opiniotwórcze III RP. Teksty te przeczą przecież wizerunkowi polskiej tradycji lansowanej w dominującej dziś ideologii. Również w historii literatury mamy do czynienia z konserwowaniem PRL-owskiej hierarchii, którą usiłowano zakwestionować w latach 80. Poza kilkoma nazwiskami nie została przywrócona w Polsce literatura emigracyjna, to samo dotyczy pisarzy katolickich. Eliminowani są twórcy analizujący fenomen komunizmu. Najbardziej znacząca jest sprawa wybitnego pisarza Józefa Mackiewicza, którego usiłuje się umniejszać jako rzekomego hitlerowskiego kolaboranta. Realna kolaboracja z komunizmem żadnemu pisarzowi nie zaszkodziła. Przy okazji ostracyzmem została objęta żona Mackiewicza, ciekawa pisarka Barbara Toporska. W kinie zespół starych reżyserów, których polityczno-biznesowe układy sięgają PRL, zablokował szanse młodym, którym z rzadka udaje się przebić. Można się obawiać, że Polski Instytut Sztuki Filmowej będzie służył utrwaleniu obecnego, chorego kształtu polskiego kina.
W 1997 r., gdy premierem został Jerzy Buzek, przy Ministerstwie Kultury i Sztuki została powołana kilkunastoosobowa Komisja Wydawnicza. Do tego czasu dofinansowywanie inicjatyw kulturalnych odbywało się w sposób uznaniowy. Komisja była realnie pluralistyczna, co spowodowało, że stała się obiektem nagonki mediów. Bo III RP pluralizmu nie znosi.
Medialny oligopol
Za kreatora ideologii III RP i jej emblematyczną figurę można uznać Adama Michnika. On i jego środowisko doskonale znali znaczenie kultury dla realizacji politycznych celów. Kierowanie przez niego pierwszą niezależną gazetą w Polsce dawało mu instrument nie do przecenienia. Powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego doprowadziło do sojuszu "postępowych" katolików z byłą "lewicą laicką", którą reprezentował właśnie Michnik. Postawienie na ciągłość, co idealnie wcielał pierwszy niekomunistyczny prezes Radiokomitetu Andrzej Drawicz, pozwoliło umocnić się w mediach publicznych starym układom, do których dokooptowano jedynie nowych dziennikarzy.
Powołany na stanowisko redaktora naczelnego gazety rządowej, jaką była wówczas "Rzeczpospolita", Dariusz Fikus uznał, że nada jej charakter ekonomiczno-prawny. Sprawami polityczno-ideowymi zajmowała się przecież we właściwy sposób "Gazeta Wyborcza". A podejmowała je tak "odpowiedzialnie", że kiedy doszło do sporów w Obywatelskim Klubie Parlamentarnym, redakcja oficjalnie zapowiedziała, że nie będzie ich przedstawiać. I nie robiła tego.
Dominujący
i wspierający się prasowy koncern ideologiczny: "Gazeta Wyborcza", "Tygodnik Powszechny", z czasem "Polityka", dawał gotowy i w miarę jednoznaczny obraz świata, który był przejmowany i upowszechniany przez media elektroniczne, prasę kobiecą, młodzieżową itp. Przyłączała się do niego "Rzeczpospolia" (z wyjątkiem lat, gdy naczelnym był Maciej Łukasiewicz, a czasem nawet "Wprost". Sukces "GW" przekładał się na opanowanie przez jej wychowanków i ich sojuszników kolejnych instytucji medialnych. Head-hunterzy zakładali, że staż w "GW" jest gwarancją profesjonalizmu. Pieniądze na nowe inwestycje medialne mieli ludzie wywodzący się z komunistycznego układu lub ich sojusznicy. Oni też do swoich przedsięwzięć, nawet jeśli nastawionych wyłącznie na zysk, poszukiwali głównie ludzi, z którymi mogliby się ideowo porozumieć.
Bardzo wymowne jest miejsce "Polityki" w nowej rzeczywistości. Pismo to po dokonaniu pewnych zmian zaczęło się szczycić swoją ciągłością z PRL-owskim wcieleniem. "Polityka" na tle prasy PRL była stosunkowo mało zideologizowana, ale przedstawianie jej niemal jako pisma opozycyjnego, laickiego odpowiednika "Tygodnika Powszechnego", jest nadużyciem. Tak jednak funkcjonuje dziś. Natomiast jej dziennikarze doskonale znają swoje miejsce. Na żądanie Adama Michnika dziennikarka "Polityki" Janina Paradowska wycofała ze swojego wywiadu z premierem Millerem pytanie dotyczące afery Rywina, której redaktor "GW" nie chciał jeszcze ujawnić. Tłumaczyła później, że sprawa ta była własnością "Wyborczej".
Swoje wpływy i możliwości salon wykorzystuje w walce z ideową konkurencją. Trudno mu w tym odmówić sukcesów, zwłaszcza że nie czuje się związany jakimikolwiek zasadami. Kiedy zachodnioeuropejska stacja telewizyjna RTL obsadziła na czołowych stanowiskach w swoim polskim programie specjalistów z ekipy Wiesława Walendziaka, media opisały, że zostali oni usunięci na skutek nacisków Adam Michnika. Zresztą medialny opis dziejów "pampersów", do teraz przedstawianych jako przykład próby przejęcia przez prawicę mediów publicznych, jest klasycznym przejawem manipulacji, gdyż ich działania były jedynie próbą pluralizowania TVP, a nigdy nie miały charakteru jej monopolizacji i są nieporównywalne z działaniami prezesa Roberta Kwiatkowskiego.
Fabryka autorytetów
Autorytety III RP to instytucja szczególna. Można powiedzieć, że są one karykaturalnym odbiciem tej i tak wątpliwej instytucji współczesnego świata. Paradoksalnie odwołują się do nich ci, którzy zajmują się deheroizacją przeszłości, a więc walką z utrwalonymi w kulturze osobowymi punktami odniesienia. Wypowiedzi luminarzy III RP nabierają natomiast automatycznie rangi dowodu.
W momencie upadku komunizmu liderzy opozycji cieszyli się zasłużonym szacunkiem. Ci z nich, którzy budowali III RP, uznali, że daje im to prawo nominacji kolejnych autorytetów. Albowiem autorytety III RP mnożyły się na skutek nominacji, osmozy i przydziału. Sam fakt obracania się we właściwym kręgu dawał prawo do bycia autorytetem. Natomiast z przydziału autorytetem zostawali członkowie szeroko rozumianej ekipy Tadeusza Mazowieckiego (bez względu na swoją historię osobistą, kompetencje i dokonania), członkowie redakcji "Tygodnika Powszechnego" i "Gazety Wyborczej". W efekcie do autorytetów zostali zaliczeni ludzie mający na koncie zachowania nieetyczne, z których nigdy się nie rozliczyli, oraz osoby pozbawione kompetencji. Uderzające było uznanie za autorytet polskiej kultury Andrzeja Szczypiorskiego, pisarza zręcznego, lecz o mętnej przeszłości. Na intelektualno-moralną wielkość pasowany został Kazimierz Kutz, reżyser, który ma na koncie kilka niezłych filmów, ale fundamentalne kłopoty z formułowaniem myśli, a jego kariera sugeruje raczej karierowicza niż moralistę. Na listę autorytetów prawno-moralnych został wpisany Jan Widacki, który wykładał w peerelowskiej szkole MSW. Jego zasługą była przyjaźń z ministrem Krzysztofem Kozłowskim (szefem MSW w rządzie Mazowieckiego) i jego ministerialnym zastępcą.
Przemysł promocyjny
Dominacja salonu była wspierana wieloma instytucjami. Istotną rolę, zwłaszcza na początku lat 90., odegrała dysponująca realnymi pieniędzmi Fundacja Batorego. Pączkowała ona kolejnymi instytucjami, takimi jak Instytut Spraw Publicznych. W radach programowych tych instytucji odnajdujemy ciągle te same nazwiska. Istotnym elementem salonu był system promocji literacko-artystycznej, wspierany systemem nagród z Nagrodą Nike na czele, konsekwentnie nazywaną "największą polską nagrodą literacką".
Nieprzypadkowy jest wybór pupilów artystycznych salonu, co automatycznie oznacza promocję w mediach elektronicznych, duże nakłady i popularność. Otóż niezależnie od wartości literackich będzie to zawsze literatura nihilizująca, która do znudzenia powtarza gest ośmieszający wysoką kulturę i tradycyjne wartości. Jerzy Pilch, Andrzej Stasiuk czy Wojciech Kuczok mimo odmienności mieszczą się w tej formule, przy czym "Gnój", głośna powieść tego ostatniego, jakkolwiek zręcznie napisana, jest utworem na zamówienie walki z patriarchalną kulturą, powtarzającym wszystkie jej klisze.
Hodowla następców
Towarzystwo hoduje już kolejne pokolenie swoich następców, a nawet (w zakreślonych granicach) kontestatorów. Do jego serca i instytucji przytulani są krytycy kultury mieszczańskiej: środowiska feministyczne czy gejowskie, które łączy z salonem negacja wartości tradycyjnej kultury i jej hierarchii i wręcz nienawiść do polskiej tradycji. Zakwestionowanie porządku wartości uniemożliwia przecież rozliczenie, a nawet nazwanie dawnych łajdactw. Nic więc dziwnego, że Jerzy Urban może być polskim patronem postmodernizmu. Zresztą salonik redaktora "Nie", jakkolwiek oficjalnie nie eksponowany, był ważną instytucją salonu III RP i bywali tam prawie wszyscy ważni jego protagoniści.
Pseudokontestatorzy, których bunt stał się najbardziej intratnym interesem współczesnej Europy, a więc i Polski, są sprzymierzeńcami elity III RP w jej walce z prawicową tradycją. Nieprzypadkowo patronką feministek stała się marksistowska wielbicielka romantyzmu Maria Janion, która już w 1978 r. odkryła, że PRL-owska realizacja komunistycznej utopii budzi pewne wątpliwości. Pozostała jednak nadal we wspólnym froncie walki z mieszczańską tradycją, co okazało się dla niej doskonałym przedsięwzięciem. Janion wyhodowała cały klan feministek, którymi obsadziła znaczące miejsca polskiej krytyki. "Niepokorną" Kazimierę Szczukę feministyczny bunt doprowadził do funkcji urzędowego medialnego krytyka, zwłaszcza że formuła feministycznej interpretacji literatury (tropienie pierwiastka patriarchalnego) jest równie prosta jak marksistowski wytrych. Najnowszym intelektualnym pieszczoszkiem salonu jest Sławomir Sierakowski. Otoczenie pomogło mu stworzyć "Krytykę Polityczną", skądinąd interesujące pismo, radykalne, w nowoczesnym tego słowa znaczeniu - lewicowe. "GW", która traktuje swojego redaktora jako rodzaj świętości, Sierakowskiemu pozwala go krytykować (oczywiście w rozsądnych granicach) za brak lewicowej żarliwości również na swoich łamach.
Zjawisko pączkowania salonu przez kontrkulturę jak w soczewce obserwować można w teatrze. Okazuje się, że krytycy "GW" i "Tygodnika Powszechnego" Roman Pawłowski i Piotr Gruszczyński mogą istotnie wpłynąć na losy polskiego teatru. Wypromowali oni opanowany przez Grzegorza Jarzynę Teatr Rozmaitości, by następnie obsadzić Panteon jego kontynuatorami: Krzysztofem Warlikowskim i Janem Klatą. Salon zachłystuje się "nowymi brutalistami", którzy mają się przeciwstawić "mieszczańskiemu teatrowi", upominać o homoseksualistów i kobiety w wersji feministycznej, a zasadniczo zwalczać polską "klerykalną" tradycję.
Indeks ksiąg zakazanych przez towarzystwo
Technice promocji towarzyszy technika przemilczenia. Rok temu Krzysztof Kozłowski, zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego", zagadnięty na towarzyskim spotkaniu o "Demokrację peryferii", książkę autorstwa znaczącego polskiego filozofa i socjologa, profesora uniwersytetu w Bremie, żachnął się. "Krasnodębski? Jego się nie czyta!" - ogłosił. I rzeczywiście, oryginalna, ale krytyczna wobec III RP książka Krasnodębskiego została przemilczana przez jej środowisko opiniotwórcze. Jest to zresztą szczególna charakterystyka tej formacji kulturowej, która przejęła z czasów komunistycznych technikę "zapisu", czyli eliminacji niewygodnych dzieł i autorów, technikę nieznaną tam, gdzie pisma czują się w obowiązku omawiać znaczące, nawet wrogie sobie zjawiska kulturowe.
Jeśli spojrzymy na hierarchię intelektualną opozycji lat 80., to uderzy nas znaczący brak grupy osób. Wypchnięci z głównego nurtu kultury zostali wybitni krytycy Tomasz Burek i Jacek Trznadel, tudzież zmarły w 1993 r. krytyk i felietonista Jan Walc. Konsekwentnie pomijano jednego z ciekawszych pisarzy współczesnych - Kazimierza Orłosia. Salon nie zauważył jedynej ambitnej i ciekawej epickiej próby rozliczenia się z czasami PRL, jaką stanowił cykl powieściowy Janusza Krasińskiego. Na margines usiłował wypchnąć niepokornego Marka Nowakowskiego oraz świetnego poetę i eseistę Jarosława Marka Rymkiewicza. Najbardziej jednak uderzająca jest próba marginalizacji wielkiego poety, najbardziej znaczącej postaci polskiej literatury lat 80., Zbigniewa Herberta. Jego wybitna twórczość latĘ90. została w dużej mierze przemilczana i przedstawiona w opiniotwórczych środowiskach jako poetycka degradacja. Najbardziej jednak znaczące było działanie elity opiniotwórczej już po śmierci poety. Dla "GW" Jacek Żakowski przeprowadził wywiad z wdową po poecie, która zadeklarowała żal, że na skutek niezrozumiałych dla niej decyzji męża musiała się rozstać z towarzystwem. Wspomniała również o jego napadach depresji. Był to punkt wyjścia dla salonu, który polityczny wybór poety zakwalifikował jako efekt choroby psychicznej. Choroba nie przeszkadzała w tworzeniu wielkiej poezji i precyzyjnym myśleniu, lecz atakowała jedynie zdolność politycznego rozeznania poety. Formuła "zwariował" funkcjonowała zresztą obiegowo w salonie na określenie wyborów kogokolwiek, kto wcześniej był towarzysko związany z jego przedstawicielami, ale później nie zaakceptował ideologii III RP. Jej odrzucenia nie można było tłumaczyć przecież niczym innym niż obłędem. Przemilczana została ważna książka Pawła Śpiewaka "Pamięć po komunizmie", niezwykle oryginalny rocznik filozoficzny "Teologia Polityczna" czy redagowany przez Andrzeja Nowaka (jego nazwisko może się pojawiać w "GW" wyłącznie z epitetem "ultraprawicowy") kwartalnik "Arcana" i rozwijające się wbrew wszystkiemu wydawnictwo o tej samej nazwie. Zupełnie wyjątkowo zwalczany przez salon był wybitny filozof Ryszard Legutko. Jego tłumaczone na obce języki prace były w polskich mediach pomijane, a on sam spotkał się z kampanią totalnej negacji, w której przeciwnicy nie próbowali nawet uczciwie przedstawić zarysów jego myśli. Stworzony przez niego Ośrodek Myśli Politycznej, stanowiący niezwykle ciekawą propozycję intelektualną, jest nieobecny w dominującym nurcie polskiej kultury.
Kameleon w salonie
Salon kreuje nie tylko swą dopuszczalną kontestację, ale też wyznacza granice i releguje poza nie niepokornych. Bo w salonie też istnieje dyskusja. Istnieje dopuszczalna prawica, której reprezentantem jest Marcin Król, i istnieją tematy, na które wolno się spierać przy zakreśleniu nieprzekraczalnych warunków brzegowych. Na straży tego stoi polityczna poprawność w polskiej wersji. Sytuacja się jednak zmienia. Na początku roku w Fundacji Batorego odbyło się zamknięte seminarium, na które obok reprezentantów intelektualnego salonu zostali zaproszeni (w proporcji 1 : 5) dotychczasowi outsiderzy. W efekcie Zdzisław Krasnodębski występował obok Krzysztofa Kozłowskiego, a Ryszard Legutko obok Jacka Kurczewskiego, który swego czasu kwalifikował go jako "filozofa skinów". Aleksander Smolar, szef Fundacji Batorego, jeden z inteligentniejszych liderów salonu, rozumie, że czas płynie. Trzeba iść na pewne ustępstwa, dokooptować niektórych przeciwników, by zachować to, co najważniejsze: władzę kreowania miar i wyznaczania granic.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum