Wspólnota: Pelikanów
Ulica: Pelikanów
Dołączył: 28 Mar 2005 Posty: 1444
Wysłany: Sro 02 Lis, 2005
A ja się z Tobą Kasiekk nie zgodzę.
Dla mnie nazwanie tego przegięciem jest faktycznym przegięciem i wyrazem braku tolerancji.
Czemu odrzucasz przejęcie pewnej częci tradycji przez dzieci, a z radością jako dorosła oddajesz się grzebaniu w dyni co jest inną częścią tej samej tradycji ???
Jeśli mówisz A i kopiujesz pewne zwyczaje związane z Halloween to trzeba być konsekwentnym i powiedzieć B akceptując przejęcie pozostałych zwyczajów przez dzieci mające w tym zabawę nie mniejszą niż ty gmerając w bebechach warzywa.
Co zresztą (to chodzenie) wcale nie jest zbyt odległe od chodzenia po kolędzie z Turoniem. Więcej tolerancji i uśmiechu ...
Piszesz o "zwiedzaniu" tak, jakby to było coś co uratuje młode pokolenie od sięgnięcia po "złe" rzeczy. Wydaje mi się, że nie tędy droga.
Dynia ok, bo nie łażę od drzwi do drzwi i nie marudzę: niech pan wykroi otworek, bo zrobię niedobrego psikusa. Zwyczaj wykonywania lampinów z dyni i zapalania świeczek w ich wnętrzu przypomina nieco naszą tradycję zapalania zniczy i zbiega się w czasie.
Nikomu się nie narzucam z tym tematem, lubię się "babrać" w dyni, bo może coś fajnego z tego wyjdzie. W zeszłym roku zrobiłam pierwszą Jack O'lantern, żeby sprawdzić, czy jest to trudne czy nie, okazuje się, że nie i w dodatku jest zabawne. W przyszłym roku też pewnie zrobię, mam już pomysł ciekawe czy się uda, bo jest nieco hmm... bardziej skomplikowana niż połączenie dwóch dyń
"Trick or treat" jakoś do mnie nie może trafić, szczególnie, że nie przepadam za różnego typu wizytami - kolędnicy, kominiarze, kwesty, etc.
Wspólnota: Pelikanów
Ulica: Pelikanów
Dołączył: 28 Mar 2005 Posty: 1444
Wysłany: Sro 02 Lis, 2005
Ale nie dziw się dzieciom. To są tylko dzieci. Nikt nie każe Ci nic im dawać a krzywdy Ci one nie zrobią. A o ile milej i sympatyczniej się robi kiedy podchodząc do tego z uśmiechem poczęstujesz ich cukierkiem - one naprawdę nie oczekują i nie żądają kilogramów słodyczy.
jeden cukierek rozwiązuje sprawę, ale bezsprzecznie najważniejszy jest w tym wszystkim UŚMIECH.
Piszesz o "zwiedzaniu" tak, jakby to było coś co uratuje młode pokolenie od sięgnięcia po "złe" rzeczy. Wydaje mi się, że nie tędy droga.
ale bliższa niż mówienie, że to przegięcie czy żebranie dziecku, które widzi w tym tak samo dobrą zabawę jak Ty w bawieniu się z dynią...
kasiekk napisał/a:
Dynia ok, bo nie łażę od drzwi do drzwi i nie marudzę: niech pan wykroi otworek, bo zrobię niedobrego psikusa.
jakbyś do mnie przyszła to byśmy nieźle się uśmiali (o to w tym wszystkim chodzi) i otworek bym Tobie wykroił --- choć to chyba nowy pomysł... przynajmniej nie słyszałem, żeby dorośli chodzili od drzwi do drzwi w tym celu.
Dzieciom się nie dziwię. Gdybym była dzieckiem też uważałabym to za dobry pomysł. Nie oznacza to jednak, że mam od razu padać z zachwytu i cieszyć się z tego, że mam "niespodziewanych gości", zupełnie nie w porę bo ostatnią rzeczą jaką spodziewam się zastać pod drzwiami to przyodziany w kostium malec drący się w niebogłosy i pewnie nieźle bym się ubawiła, gdybym takie coś pod drzwiami ujrzała.
To chyba odpowiada obu waszym postom.
Jedyne co chce określić: ok, jest taki zwyczaj, nie uważam go za atrakcyjny, gdybym mogła wybierać, wolałabym, żeby nie zakorzenił się jak Walentynki. Czas pokarze, dzieciaki kochają duchy, zmory i upiory, pewnie się przyjmie. Szkoda, bo nie lubię takiej formy rozrywki a loterią jest czy na mnie trafi czy nie. Dlaczego? Bo podejście swoją drogą a rozsądek swoją. Jeżeli dorosły jest po drugiej stronie drzwi zrozumie, że po prostu nie mam ochoty się w to bawić. Dziecko nie zrozumie. Chcąc czy nie chcąc będę zmuszona odpowiedzieć pozytywnie, bo przecież dzieciak nic wielkiego nie robi - bawi się, taka obca tradycja. I co? Zrobię dzieciakowi przykrość? No pewnie, że nie. Czyli "nie chcem ale muszem".
Chcąc czy nie chcąc będę zmuszona odpowiedzieć pozytywnie, bo przecież dzieciak nic wielkiego nie robi - bawi się, taka obca tradycja. I co? Zrobię dzieciakowi przykrość? No pewnie, że nie. Czyli "nie chcem ale muszem".
a mi się zawsze wydawało, że dawanie i sprawianie innym przyjemności jest radością samą w sobie... ale może jestem dziwna?
_________________ "Piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami."
a mi się zawsze wydawało, że dawanie i sprawianie innym przyjemności jest radością samą w sobie...
Dlatego wszyscy tak radośnie nadpłacają podatki do urzędu skarbowego , dla radości płynącej z dawania.
Jest różnica i właśnie o niej cały czas piszę między darowaniem a darowaniem. Kiedy darujesz z dobroci, chęci a, kiedy darujesz, bo inaczej nie da rady (z różnych przyczyn).
Dlatego wszyscy tak radośnie nadpłacają podatki do urzędu skarbowego
myślę, że przyrównywanie płacenia podatków z dawaniem dzieciom cukierków to lekka herezja...
szkoda, że traktujesz to jako przymus a nie sympatyczny gest...
_________________ "Piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami."
Dlatego wszyscy tak radośnie nadpłacają podatki do urzędu skarbowego , dla radości płynącej z dawania.
Jest różnica i właśnie o niej cały czas piszę między darowaniem a darowaniem.
a od kiedy płacenie podatków to darowizna czyli darowanie... ??
Sympatyczny gest to dając - pomóc. Gdyby dzieciaki zbierały słodycze i zabawki (nawet kasę), żeby przekazać to innym dzieciakom, np. w domu dziecka - wtedy baaardzo chętnie bym ich widziała przed swoimi drzwiami. W innym przypadku - nie koniecznie.
Pierwsze pytanie wydaje mi się retorycznym.
Drugie:
A o które dokładnie dzieci Ci chodzi? Bo jeżeli chodzi ci o zbiór wszystkich nieletnich planety Ziemia to niestety nie potrafię się odnieść, bo ich nie znam.
Dzieci są tak samo różne jak różni są dorośli. Część tych które znam lubię, innych nie a reszty zwyczajnie nie znam.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum